Posty

Wyświetlam posty z etykietą wiersz

Historia Tragica de Harmoniae

  I Kiedy się zdawało, że na dobre ucichła muzyka sfer, ludzie stali się nerwowi. Za wszelką cenę próbowali zaprowadzić jakąś nową harmonię. Do dziś niektórzy winią Kopernika. I źle, bo niczego nie zepsuł. Przestroił tylko Wszechświat, tę wielką harfę Boga. Pozostało jedynie przywyknąć do nieco innej tonacji. Gdy ucichła muzyka sfer, nie nastała Wielka Cisza. O dna kadłubów zazgrzytały nowe lądy, a Luter z hukiem zaczął wbijać żelazne gwoździe w spiżowe wrota Katedry. Czas i przestrzeń zaczęły ciągnąć się i pękać. Josquin de Pres usiłował to wszystko ukoić, lecz nagle wybuchł krzyk, i ludów, i tych, którzy za ludzi dopiero będą uznani. I chyba tylko da Venosa starał się ogarnąć tę polifonię konfliktów. Przez dziesięciolecia jedni z nadzieją, próbowali – jak Biber – na nowo sklejać światłość i materię. Inni zagłuszali sumienie pompatycznymi dźwiękami strojonymi na miarę swoich ambicji. Kiedy wreszcie pojawił się Bach, a następnie Kant, zdawało się ...

Wyrodne matki

  Lecz ty masz czoło kobiety wszetecznej, nie znasz już wstydu. (Jr 3:3) O dziwo jako pierwszy odezwał się markiz de Sade: „Zgilotynowaliście ojca-króla po to aby zastąpić go matką-ojczyzną” – grzmiał na poły oskarżycielsko, na poły drwiąco. O dziwo nikt nie zwrócił uwagi na jego słowa. Niczyje uszy nie spąsowiały, niczyje brwi nie zmarszczyły, nikt nie dostał palpitacji ani erekcji. Z resztą niedługo po tym matka-ojczyzna przyprowadziła ojczyma-cesarza, a w wielu krajach zaczęło dziać się podobnie. Matki zaczęły sprowadzać coraz to nowych panów (z czasem także i panie) „Jak się wam podoba wasz nowy tata? wasz nowy wujek?” – pytały dzieci, które cieszyły się, że będą decydować kto pójdzie z mamą do łóżka. Lecz jednak po czasie coraz bardziej nudziły się tym wszystkim. Zamiast dorastać – niesamodzielne i bezradne – trwają pod coraz baczniejszą uwagą swoich opiekunów.

KAROL DARWIN BAŁ SIĘ KWIATÓW I BOGA

  Paleontolodzy mówią, że kwiaty pojawiły się nagle sto milionów lat temu. Pojawiły się znikąd i nie wiadomo, w jaki sposób mogły wyewoluować. Karol Darwin był pełen obaw, iż podważy to jego teorię, lecz bał się jeszcze bardziej, że nagłe pojawienie się kwiatów ktoś odczyta jako znak Boskiej ingerencji.

Irokezi

 Nadawano nam różne nazwy: Aár-o-kwoi, Irokezi, starsi gorzej wykształceni z mniejszych ośrodków. Opowiadano o nas historie, podziwiano za odwagę, szanowano za honor, a czasem ktoś zauważał: „Oni w cale nie są tacy różni od nas”. Lecz przeważnie taki głos ginął w szumie pochwał   tolerancji, deklaracji o wolności a także i równości wszystkich ludzi. Częściej za to wyśmiewano naszą religijność; od Jeziora Ontario aż po Bug, od Bogini Śmierci aż po śmierć Boga byliśmy przykładem zacofania i niezdolności do tego aby samemu dostąpić zdobyczy cywilizacji. Oczekiwano zarazem byśmy porzucili tomahawki i karabele, wampumy i szkaplerze, abyśmy wreszcie stali się lustrem cudzych cnót, mozaiką, po której można będzie stąpać do granic tego co nieosiągalne.

Milczenie Tejrezjasza

  I Nigdy nie byliśmy w stanie zapamiętać tego adresu. Wystarczyło nam, że jest to gdzieś przy Piotrkowskiej. Nigdy z resztą nie staraliśmy się zapamiętać tego adresu. Wystarczyło nam natchnienie, które niosło nas do celu. Poprzez Rzekę Łez, poprzez Rzekę Ognia, poprzez Rzekę Lęku nasza nawa bez żagli, bez wioseł, bez steru płynęła przez miasto: nieco pijane, trochę śpiące, z makijażem wiecznie rozmazanym wieczorną mżawką. Szminkę starła lubieżność pospiesznie odgrywana w cieniu bram, Włosy wiecznie niedomyte zlepiają się na skroniach, tusz żłobi bruzdy na policzkach. II Z ulicy wchodzi się w podwórko, z niego w drugie, a na końcu, za kratą, furtką, za granicą światów, rozpoczyna się ogród. Za Rzeką Łez, Rzeką Ognia, Rzeką Lęku, – doliną ludzi i mroku – tam sad Persefonei. W naturalny sposób ustawialiśmy się w kółeczku. „Pij, Żydu”, „Pij, geju”, „Pij, faszysto”. Na przekór poglądom: – bleblebleblbleble – ksenofobia – bleblebleblbleble – tolerancja – bleblebleblbleble – gender...

Natura umrze ostatnia.

  Gdy uznaliśmy, że nareszcie udało się zabić Boga, nabraliśmy przekonania, iż zostaliśmy wreszcie sami i możemy już bez ograniczeń mordować siebie nawzajem w imię sprawiedliwości, równości, braterstwa i czego tam jeszcze (oczywiście z wyjątkiem dobra i piękna, bo te – jak sądziliśmy – udało się nam zamordować wraz z Bogiem). Gdy uznaliśmy, że nareszcie udało się zabić Boga, nabraliśmy przekonania, że już nic nie istnieje niezależnie od nas i teraz naprawdę możemy narzucić swą wolę i Ziemi, i Niebu i uczynić je sobie poddanymi. Jakie było zdziwienie, jaki głęboki niesmak, gdy się okazało, że nie wszystko od nas zależy. Bo gdy nareszcie udało się zabić Boga, ta nasza władza nad światem okazała się niezdarna i przykra nawet dla nas samych. Próbujemy okiełznać ten kryzys nadając mu różne nazwy i nieustannie wyprowadzając nowych winowajców na śmierć towarzyską, cywilną, fizyczną: a że konflikt kultura-natura, a że cywilizacja przemocy (którą trzeba, co jasne, obalić...

LIBERTÉ!...

Gdy nagle nastała epoka rozumu, wszystko zaczęło się zmieniać. Za nierozumne uznano mycie głowy, bo prowadzi do apopleksji, i mało kto – czy to kobieta, czy mężczyzna – miał swoje włosy po trzydziestym roku życia. Panowie i panie pysznili się perukami ufryzowanymi z rozmachem na miarę swoich czasów. Wraz z rozumem przyszła wolność i wszyscy nagle zaczęli uwalniać się od przesądów, ograniczeń i ucisku. Biada temu, kto się nie uwalniał dostatecznie gorliwie. W ramach braterstwa (które również nastało) zbiegano się tłumnie i uwalniano nieboraka szybko i skutecznie. Z czasem ów spontaniczny ruch zastąpiły wyspecjalizowane służby. Dbały też o to, aby w obliczu wolności i braterstwa, wszyscy pozostawali równi. Nawet najbliżsi współpracownicy najwybitniejszych przywódców nie mogli pozwolić sobie na zbytki zacofania, obskurantyzmu lub – nie daj Boże! – religianctwa. Cóż dopiero mówić o tych mniej równiejszych? Wszak oni to mieli równać najbardziej, najbardziej uwalni...

ADWENT

Do Szeolu wtrącę twój przepych i dźwięki twoich harf Iz 14:11 To w końcu nic nienaturalnego: o tej porze dni są najkrótsze, zwierzęta i drzewa idą spać, tylko niektóre pozostają – być może, aby pilnować spokoju tych pierwszych?  Podobnie powinno być z ludźmi ‑ to w końcu nic nienaturalnego – kiedyś, kiedy ziemia zastygała do wiosny, ludzie zamykali się po chatach i leniwie spędzali czas do przednówka.  Dziś rozświetlone miasta próbują zadać kłam naszemu rytmowi. Snujemy się pod ciemnym niebem, nie widząc słońca, ni gwiazd, ni księżyca. Po ciemku do pracy, po pracy, na miasto, do domu. Niezdrowe, sztuczne światło, niezdrowa sztuczna żywność, niezdrowy przekaz niezdrowych mediów okraszony niezdrową popkulturą. Tu już nie ma nic naturalnego. Tu już nie może być nic naturalnego. W mroku nie tak późnego popołudnia na ekranie telefonu świecą słowa: „Jestem ostatnio bardzo zajęta, Odezwę się do ciebie później, gdy tylko poukładam sprawy zawodowe”. Tak bardzo się starasz na...

PUSTE NIEBO

Nawet zatwardziałych metafizycznych sceptyków prędzej czy później zaczyna mierzić trywialność świata, nad którym wisi puste Niebo. Wiercą się wtedy nerwowo i robią co tylko się da aby nie spojrzeć wyczekująco do góry. Udają, że czegoś szukają, że z czymś eksperymentują.

* * *

Kiedy ogarnia mnie samotność, rysuję mapy. Na wyimaginowanych krainach, wyspach i kontynentach, wytyczam bieg rzek, wypiętrzam góry, sadzę lasy, połacie lądów zasypuję piaskami pustyń. Później przychodzi czas na ludzi. Kropkami zaznaczam miasta, cieniutkimi liniami nanoszę szlaki handlowe. „Czy będzie sprawiedliwie jeśli akurat w tym miejscu ustanowię granice?” zachodzę w głowę i nieraz długo trwa zanim podejmę decyzję w nadziei, że jest ona właściwa. Na osobnych kartkach kropki rozrastają się do siatek ulic poznaczonych drobniutkimi czworobokami budynków. Wygląda to jak spękana skóra na dłoniach spracowanego człowieka. To nieprawda, że na początku było Słowo. Na początku była noc, bezsenność, poczucie zagubienia.

TARZAN

Jak pies tarzam się w znikomości.  Im też się zdarza tarzać w czymś, co wydalą z siebie.

I

Zawsze byli tacy, którzy kazali uważać się za bogów. Ich spektakularne upadki, zrazu odbierane niemalże w wymiarze kosmicznym, po upływie czasu stawały się przykre i godne pożałowania. Fałszywy heroizm ma dosyć krótką datę ważności. Owszem, niektóre ich dokonania przetrwały niechlubną pychę: Aleksandria, Koloseum, numeracja ulic w wielu krajach czy wysychające Jezioro Aralskie. Jednak i te dzieła oderwały się od swoich twórców przechodząc z czasem na ogólne konto ludzkości. Po fałszywych bogach pozostało jedynie uczucie zażenowania: niewygodny fakt, że ktoś, kiedyś, spośród nas uznał się za wszechmocnego, a my, pozostali, nie umieraliśmy ze śmiechu.

TERESIENHOF

W Łodzi takie okazałe kamienice nazywamy pałacami. Jeszcze całkiem niedawno one także ulepione były z czarnego tynku i poobłupywanych sztukaterii. I tutaj z resztek napisu można odcyfrować końcówkę –HOF. Do okien, którymi pałac patrzy na świat tu i ówdzie doklejono sztuczne rzęsy: sznurki z suszącą się bielizną. Na dole, pośrodku ulicy, jakiś Turek (a może Kurd) dusi jakiegoś Serba (a może Chorwata). Tarzają się pomiędzy samochodami; Rzężące głoski wypadające ze ściśniętych gardeł (gniew, lęk, palce tego drugiego) nie pozwalają odróżnić kto jest kim? Kto jest Tożsamym, a kto Innym? Kto kogo wyklucza? Z perspektywy wysokich pięter pałacu. obaj są równi. Czekam na interwencję. Na to aż przyjedzie policja, aż przyjdą ich żony, aż wsadzą ich do radiowozu, aż zapędzą do domów pokrzykując z zażenowaniem swoje „Ausweiss bitte” „Wstydził byś się, taki stary a taki głupi” „Name? Vorname?” „Do pracy byś wreszcie poszedł ...

ANTHESTERIA

  I Precz Kerhynios! Zagreus odrodzi się po kolejnej męczeńskiej śmierci, nawet tam, dokąd strzały Fojbosa już nie dolatują (powiadają, że w gniewie powystrzelał wszystkie Muzy). Już Velasques miał wykrzyknąć: „Piękno umarło. Niech żyje wszystko inne!” [1] A Dionizos trafił do piekła w średniowieczu, lecz cały czas pozostaje groźny. Dlatego potrzebny jest nieustanny nadzór i czujny dyskurs władzy. Pallas wypuściła sowę z ręki. Nocny, drapieżny ptak buszował po ulicach poszukując bezbronnej ofiary. Dlatego tylu głupców pośród silnych, podczas gdy Nikt nie może być ani silny ani słaby: Odyseusz nie był silniejszy niż Polifem ale nie okazał się być słabszy. [2] Co to za zwyczaj, żeby zasypiać przy stole, przy którym od czterech godzin pije się tylko piwo! Alkibiades zepsuł Agatonowi imprezę (na której zjawił się chyba nieproszony) ale — choć przynieśli go pijanego jak belę — mógł jeszcze uchlać wszystkich nie mieszanym winem i ...

PAN SPOZA I RASIZM

Pan Spoza często był zapraszany  do miłych ludzi, chwalony i komplementowany. Często też użalano się nad nim („Och, jaki on biedny, prześladowany”) nawet wtedy, gdy mówił, że nie jest wcale źle: że ma pracę („Och, ten wyzysk!”), że ma rodzinę („Och, to zacofanie!”), że ma przyjaciół („Wykluczenie!”). Pan Spoza także chciał być miłym dla miłych ludzi. Często rozmawiali o wolności i o tym, że każdy powinien mieć prawo do własnego zdania i do wyrażania swoich poglądów. Kiedyś powiedział: „Nie podoba mi się, że nie macie żon, choć macie dzieci i że współżyjecie ze sobą nawzajem. Nie mogę i nie chcę wam niczego zabraniać, ale uważam, że to niedobrze”. I tak pan Spoza został rasistowskim suprematystą.

TRYPTYK SCHULZOWSKI, cz. III

Martin Landau […]Pewnego dnia wpadł w świetny humor, zrobił bowiem lustro, które posiadało tę właściwość, że wszystko, co dobre i ładne, co się w nim odbijało, rozpływało się na nic, a to, co nie miało żadnej wartości i było brzydkie, występowało wyraźnie i stawało się jeszcze brzydsze. […] Skoro tylko przez głowę człowieka przeleciała jakaś zacna myśl, już twarz w lustrze wykrzywiała się, a diabeł-czarownik śmiał się ze swego sprytnego wynalazku. Wszyscy […] opowiadali na prawo i lewo, że stał się cud; uważali, że dopiero teraz będzie można dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda świat i ludzie. (J.Ch. Andersen, Królowa śniegu , przeł. S. Beylin, PIW, Warszawa 1977) I Porządek logiki i porządek wyobraźni nie są ze sobą współbieżne. [1] Tak samo Historia i porywcze pragnienia – Pożądanie i Duch Dziejów. Wierzyliśmy sercem i głosiliśmy ustami (i staraliśmy się potwierdzać czynem): jeden jest Duch Dziejowy, nie dekadencki, przeintelektualizowany ...

TRYPTYK SCHULZOWSKI, cz II

Upadek Republiki Gdybym miał wskazać siłę wyższą, w którą wierzę najmocniej, byłaby to ironia losu. To ona wciąż igra z ludźmi i stawia ich w sytuacjach, w których nigdy nie powinni się znaleźć. (Woody Allen) [1] I Ojciec twierdził, że nic nie dzieje się przypadkowo. Harmonia i determinizm pospołu rządzą spłachetkiem ziemi, drobiną piasku, Kosmosem. Tymczasem my „chcieliśmy poddać nasze życie temu strumieniowi fabulizującego żywiołu, natchnionemu przypływowi dziejów i zdarzeń i dać się ponieść tym wezbranym falom.” [2] Kosmoz,    Armoneia, Logoz... Porządek jest królestwem równowagi i śmierci. Chaos to brud, anarchia i życie, „Paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny bezwstyd i rozpusta”. [3] „Marzyliśmy o tym, by okolica była zagrożona nieokreślonym niebezpieczeństwem, przesiana tajemniczą grozą”. [4] Nie znaliśmy mocy swoich pragnień, ani ironii Losu. II „Pozostaje więc, jak sądzę, to, ...

TRYPTYK SCHULZOWSKI, cz. I

Karl Gunther (Pamięci Brunona Schulza) I „Tu nie dzieje się nic na darmo, nic nie zdarza się bez głębokiego sensu […]. Tu zdarzenia nie są efemerycznym fantomem na powierzchni, tu mają one korzenie w głąb rzeczy i sięgają istoty.” [1] Od przerażenia do pożądania, od pożądania do przerażenia. Mój palec na spuście i palec Adeli, drżał lekko i błyszczał niby języczek węża . Trudno by się domyślić, że to jedna rzeczywistość. II Ten artysta nieprzypadkowo stanął na mojej drodze. Nieprzypadkowo trwa wojna, nieprzypadkowo stoję w centrum Historii ważąc — niby bogowie — ludzkie losy w swym ręku. Tak jak pożądanie nie jest ślepe, nie ma przypadkowej śmierci, jednakże Jakiż to bóstwu zysk — ujarzmić i spopielić człowieka? Jakiż to łup zaszczytny zedrze on z mojej głowy? [2] Moja wyrocznia to damska zabaweczka — pistolecik zgrabny jak mała infantka dająca wyraz pogardzie dla błaznów. Podejdź tu, du künstlicher Untermensch, prz...

* * *

Jakoś głupio wyszło z tą współczesnością. Słyszymy: „teatr współczesny”, „współczesna sztuka” i „filozofia” i od razu wiadomo, że chodzi o sztukę, teatr i filozofię XX wieku. ówcześni – jak się zdaje – myśleli o sobie, że będą żyć wiecznie; i wiecznie będą żyć ich dzieła. Z mieszaniną satysfakcji i żalu patrzę jak współczesność na wieki zmienia się w zamierzchłą przeszłość: nawóz dla przyszłych pokoleń albo proch zalegający blat i przyrządy Odwiecznego Laboratorium. Silne dmuchnięcie, trochę kaszlu. Cholera! Bluza i spodnie – wszystko do prania. Pozostaną ci, co świadomi własnej znikomości nakierowani są na wieczność; dla których współczesność to tylko poczekalnia, stacja przesiadkowa z pamięci do niepamięci.

POCZĄTEK NOWEJ EPOKI

Uczeni dziś twierdzą, że to nie były narody we współczesnym rozumieniu. Raczej grupy złączone wspólnym interesem, rzadziej językiem. Od Bałtyku po Peloponez, od Anatolii po Luzytanię przemierzały Wschodnie i Zachodnie Cesarstwo. Zwabieni wizją pokoju i dostatku tłumnie przekraczali granice państw, praw i obyczajów. Bizancjum jakoś się oparło lecz jego zachodnia siostra nie wytrzymała ciężaru swojej gościnności. Kiedy po długotrwałym oblężeniu cesarz Arkadiusz otworzył bramy Rzymu barbarzyńcy ujrzeli, jak hordy mieszkańców polują na siebie po ulicach Wiecznego Miasta by wzajemnie się pożerać. Ironia losu: ich wódz, Alaryk, oblegał je dla zdobycia żywności. To wszystko nie przydarzyło się ani przez parę lat, ani parę dekad. Dwieście lat bez mała przychodzili, wracali, osiedlali się tu i tam. Swoje prawa wynosili ponad miejscowe, Lex Romana pozostawiając bezradnym tubylcom. Zakładali państwa pobłażliwie niedostrzegane przez imperatorów i basileosów. ...